25 lutego 2017

Rozdział XI

      Nie miał pojęcia, dlaczego natychmiast nie wyszedł z tego lasu. Nie miał pojęcia, dlaczego kręcił się wciąż niedaleko miejsca, w którym ją zostawił. Czuł się tak, jakby był w jakimś letargu. Wszystko wydawało mu się takie odległe, inne, a plan, który w teorii wydawał się prosty, a w praktyce poszedł, jak z płatka, był dla niego w tamtych chwilach największym koszmarem. Kurczowo ściskał różdżkę w dłoni, co chwila ciaśniej otulając się czarnym, ciepłym płaszczem. Wciąż miał przed oczami jej drobne, bezwładne ciało opatulone jedynie swetrem. Księżyc świecił jasno, lecz nawet on nie był w stanie przebić się przez niektóre gałęzie drzew.

      Kiedy się obudziła i podjęła próbę ucieczki, śledził ją. Wiedział, że powinien uciekać, zostawić to wszystko w cholerę, już więcej nie wracać w tamto miejsce. Po prostu zapomnieć, a w szkole zachowywać się, jak gdyby nigdy nic. Nikt nie miał prawa go podejrzewać. Rozegrał to wszystko idealnie, a łut szczęścia sprawił, że w zamku nikt go nie widział. Jedynym jego problemem były emocje, z którymi nie potrafił sobie poradzić. Nie potrafił od tak odejść, jakaś cząstka jego jestestwa rwała się do tego, by chwycić ją ramiona i osłonić przed całym niebezpieczeństwem, jakie na nią czekało.

      Łzy ciekły mu po policzkach, gdy obserwował atak wilkołaka. Powinien uciekać, sam się ukryć, ale nie potrafił się ruszyć. Nie chciał patrzeć na jej śmierć, jednocześnie czując się, jak sparaliżowany. Kiedy znienawidzeni przez niego Huncwoci ruszyli jej na pomoc poczuł nieposkromioną ulgę, lecz także ogromną wściekłość, która zagotowała mu krew w żyłach. Chciał mieć to wszystko za sobą, jak najszybciej, zakończyć sprawę...

      W tamtym momencie patrzył na poranionego jelenia, który ledwo stał, próbując oprzeć się o drzewo. Kiedy wilkołak i zwierzę wpadli w głąb lasu, Severus ruszył za nimi, zostawiając Lily z Blackiem na polanie. Z dudniącym sercem w uszach obserwował walkę na śmierć i życie, czując podekscytowanie. Jeśli to nie Lily miała zginąć, Potter był dla niego wynagrodzeniem porażki. Nienawidził go od zawsze, a patrzenie na cierpienie, które zadawał mu jego własny przyjaciel było jak miód lany na jego znękane serce. Wiedział, że Gryfon robi to wszystko dla Lily, był świadom, że specjalnie odciąga od niej potwora. To tylko potęgowało jego wściekłość i brak jakiegokolwiek współczucia. Myśl o uczuciu, jakim Potter darzył dziewczynę przyprawiała go o mdłości, a tamtej nocy nadarzyła się idealna okazja, by w końcu go zniszczyć, tak naprawdę nie przyłożywszy do tego ręki. Był tak zafascynowany walką, że nawet przez chwilę nie pomyślał o tym, by samemu się schronić przed bestią, która znajdowała się od niego w odległości kilkunastu metrów. Cichy głosik w jego głowie podpowiadał jednak, że wilkołak jest zbyt zajęty atakowaniem Pottera, by szukać innych ofiar. Do tego czarnowłosy miał różdżkę, a kilka dobrze wybranych zaklęć powinno pomóc mu na zatrzymanie potwora w razie, gdyby ten go wyczuł.

      Z każdą chwilą przewaga Lupina była bardziej widoczna. Jeleń, choć na początku bronił się dzielnie, powoli opadał z sił, a szkarłatna krew tryskała na śnieżnobiały śnieg. Kiedy wydawało się, że bestia zada ostateczny cios, po Zakazanym Lesie poniosło się przeciągłe wycie. Wilkołak zamarł, nasłuchując. Severus zesztywniał, zaciskając palce na różdżce. Nagle bestia uniosła ogromny łeb do góry i również zawyła, a dźwięk ten sprawił, że ślizgonowi przebiegł po plecach lodowaty dreszcz. Potwór zostawił słaniającego się na nogach Pottera, po czym biegiem ruszył w kierunku, skąd dochodziło wycie. Snape nawet nie zastanowił się, skąd ono pochodziło. Wzrok miał wbity w potężne zwierzę, które ze zwieszonym łbem, ryjąc porożem o podłoże, zrobiło kilka kroków naprzód, ocierając się bokiem o drzewa. Książę półkrwi błyszczącymi oczami obserwował, jak jeleń zmienia się w wysokiego chłopaka, który zachwiawszy się gwałtownie, upadł ciężko na ziemię, po czym bezwładnie sturlał z niewielkiego wzniesienia prosto w zaspę śniegu.  Severus wyciągnął szyję, ale kiedy nic nie mógł dostrzec, zrobił kilka kroków w przód, cały czas trzymając różdżkę wysoko, by oświetlić sobie drogę. Stąpał ostrożnie, prawie bezszelestnie. Podekscytowanie brało nad nim górę, nie mógł się powstrzymać, aby nie sprawdzić. Doszedłszy do końca prostego gruntu uniósł różdżkę, święcąc nią na Pottera. Nawet nie poczuł, jak jego wargi wykrzywiają się w pogardliwym uśmiechu. Huncwot leżał na boku do połowy zasypany w śniegu. Oczy miał zamknięte, a z jego ust sączyła się krew. Jego twarz była pełna ran i siniaków, a szata w wielu miejscach zaczynała przesiąkać czerwoną cieczą. Ślizgon zacmokał, przyklękając. 

– Lupin będzie z siebie bardzo dumny, kiedy już wróci z nocnej przechadzki – mruknął pod nosem, przekręcając głowę i patrząc na klatkę piersiową chłopaka. Oddychał płytko, nierówno. – Powinien w sam raz zdążyć na pogrzeb.

      Nagle za jego plecami dało się słyszeć jakieś odgłosy, nawoływania i szelest kroków. Snape podniósł się do pozycji stojącej i obejrzał nieznacznie za siebie. Prychnął.

– I tak ci już nie pomogą. Choćby nie wiem, jak bardzo chcieli.

      Po tych pogardliwych słowach zgasił różdżkę, po czym ruszył w kierunku szkoły, tak, aby nie natknąć się na Lily i Blacka. Gorycz porażki piekła go w gardle, ale w tamtym momencie dzika satysfakcja wynagradzała mu wszystko. 

***

       Lily i Syriusz przedzierali się przez gęsty krzewy w kompletnej ciszy. Dziewczyna cały czas niespokojnie zerkała na swojego towarzysza, który mocno utykał, cały czas ocierając krew cieknącą mu z łuku brwiowego. Co jakiś czas brał garść śniegu i dokładał ją sobie do bolących miejsc. Wiatr kompletnie ustał, w Zakazanym Lesie zapanowała głucha cisza. Co jakiś czas dało się tylko słyszeć cichy szelest spowodowany przez nietoperze lub innych mieszkańców lasu. Bali się zawołać Jamesa, by ponownie nie zwrócić na siebie uwagi Remusa. Syriusz był pewien, że w tym stanie nawet na chwilę go nie powstrzyma. Szedł przed siebie pomimo bólu i słabości, jakie odczuwał. Perspektywa utraty najlepszego przyjaciela, najbliższej mu osoby, sprawiała, że drżał jak liść na wietrze, choć miał na sobie kilka warstw ubrań. Zawsze ubierali się ciepło przed nocnymi wyprawami, na wszelki wypadek. Wcześniej oddał jeszcze jeden ze swoich sweterów Lily, która zaczynała szczękać zębami. Po owinięciu się odzieżą Blacka poczuła ogromną ulgę i wdzięczność. Gryfonka już zupełnie przestała skupiać się na tym, jak bardzo jej zimno. Ignorowała każdą niewygodę, czy ból, który towarzyszył jej po upadku. Starała się przy tym nie myśleć kompletnie o niczym, wyłączyć uczucia, wymazać z pamięci obraz koszmaru, który cały czas do niej nawracał. Chciała tylko znaleźć Jamesa, jak najszybciej. Nie miała zamiaru panikować. Co prawda nie mieli różdżek, byli bezbronni pośród niebezpiecznych terenów. Wiedziała jednak, że popadnięcie w histerię niczego im nie da. 

– Do cholery jasnej, nie mogli odejść daleko – warknął chłopak, zatrzymując się w końcu i opierając dłonią o jedno z drzew, a Lily aż podskoczyła. – Przecież...

      Łapa urwał w pół słowa, zwróciwszy wzrok na swoją rękę. Powoli zdjął ją z omszałego pnia, a nikłe światło księżyca oświetliło szkarłatną krew, która pokrywała wewnętrzną stronę jego dłoni. Lily spojrzała na niego z przerażeniem wymalowanym w oczach. Black tylko na chwilę przeniósł na nią zszokowany wzrok. Dysząc z przerażenia rzucił się szybkim krokiem w prawą stronę, nie dbając już o nic.

– James! – krzyknął, rozglądając się uważnie i dotykając każdego drzewa, które mijał. Szedł tam, gdzie krwi było coraz więcej. – James, gdzie jesteś?!

      Odpowiedziała mu głucha cisza, przerywana jedynie krokami Lily, która biegła obok niego. Myślał, że zaraz nie wytrzyma, że zacznie krzyczeć, płakać i uderzać głową o ziemię. Nie miał przy sobie różdżki, nigdy ich ze sobą nie brali. Bali się, że pod postacią zwierząt mogą je zgubić. Teraz pluł sobie w brodę, bo bez niej nie był w stanie w pełni udzielić pomocy. Nie mógł nawet oświetlić sobie drogi. Jedyne czego pragnął, to zobaczyć Jamesa żywego. Był pewien, że przyjaciel będzie w ciężkim w stanie. Krew, która pokrywała już cały jego rękaw w stu procentach go w tym utwierdzała. Otarł twarz czystą dłonią. Nawet nie wiedział, kiedy łzy pojawiły się w jego oczach. Zatrzymał się gwałtownie, kiedy poczuł, że traci grunt pod nogami. Szarpnął się do tyłu, jednocześnie uderzając w Evans, która krzyknęła cicho zaskoczona jego zachowaniem. Oboje upadli na ziemię, ale Syriusz, który spojrzał w dół małego wzniesienia, od razu przeniósł ciężar ciała na kolana. 

– Jest... – wydyszał, pochylając się bardziej by lepiej widzieć. – Lily, jest tutaj! 

      Dziewczyna natychmiast się poderwała, czując, jak serce podchodzi jej do gardła. Podążyła spojrzeniem za wzrokiem Blacka, spodziewając się zobaczyć poranionego jelenia. Zamiast niego ujrzała Jamesa w swojej normalnej postaci. Nie poruszał się. Zanim dziewczyna zdążyła zrobić krok do przodu, Syriusz był już na dole. 

– James... O Boże... – wyszeptał, przyklękając przy przyjacielu. Nie miał pojęcia, co robić, bał się go dotknąć, by nie zrobić mu jeszcze większej krzywdy. Mimo to przekręcił go delikatnie na plecy, a kiedy księżyc oświetlił jego twarz, aż jęknął. Lily drgnęła, nie mogąc oderwać od niego wzroku.

      Położyła dłoń na jego czole, starając się nie rozpłakać. Wszystko będzie dobrze, powtarzała w myślach, nic ci się nie stanie. Jednocześnie patrzyła na głębokie szramy na jego ciele, wodząc wzrokiem od jednej do drugiej. 

      Był zimny, a jego twarz nieruchoma, dziwnie spokojna. Black drżącymi dłońmi strzepał śnieg z jego ramienia, jednocześnie odsłaniając przy tym bardziej dziurę w ubraniu i rozharataną skórę. Ran było więcej. Na torsie, na szyi, na przedramionach i dłoniach... Brunet bez słowa zaczął gwałtownie zdejmować z siebie kurtkę, potem sweter i na końcu koszulę. Zostawszy w samej koszulce, zaczął rwać koszulę na długie pasy. Lily rozejrzała się dookoła, próbując wymyślić najskuteczniejszy sposób na przetransportowanie stąd chłopaka. Podniosła się z klęczek, myśląc gorączkowo. 

– Nie... nie... nie – Usłyszała nagle z dołu i natychmiast przeniosła tam przerażony wzrok. Głos Syriusza jeszcze nigdy tak nie brzmiał. Kiedy widziała, że chłopak pochyla się nad Jamesem, a dłoń ma na jego szyi, już wiedziała. Upadła na kolana obok nich, przykładając dłoń do ust. 

– On... On nie żyje – powiedział Syriusz ledwo słyszalnym głosem, drżąc na całym ciele. Cały czas znajdował się w pozycji, w której sprawdzał oddech przyjaciela. – Nie żyje... Re–Remus go zabił...

      Lily zesztywniała na całym ciele. Słowa Syriusza niosły się echem po jej głowie. Koszmar się spełnił. Nie mogła oderwać wzroku od twarzy Jamesa. Była blada, pokryta fioletowymi sinikami i krwią, wypływającą z zadrapań oraz cieknącą z jego ust. W tamtym momencie świat się dla niej skończył. Była pewna, że trwała w bezruchu całe godziny, choć był to tylko ułamek sekundy. Świadomość, że James już nigdy się do niej nie uśmiechnie, nie powie kilku miłych słów, nie spojrzy tak ciepło swoimi orzechowymi oczami, nie odgarnie gęstych włosów z czoła w charakterystyczny tylko dla siebie sposób, sprawiła, że poczuła nieposkromioną chęć działania. Robienia czegokolwiek.

      Black usiadł ciężko na śniegu, zupełnie tak, jakby nie panował nad własnym ciałem. Coś go tknęło i pochylił się nad przyjacielem, tak na wszelki wypadek. Ewentualności, że James może być martwy, nie brał nawet pod uwagę. Nie był w stanie sobie tego wyobrazić. Kiedy na policzku nie poczuł ciepłego oddechu, miał wrażenie, że po plecach przeleciał mu piekący dreszcz. Na początku był pewien, że się pomylił. Gwałtownie położył palce na szyi przyjaciela, lecz tam też nie wyczuł pulsu. Wtedy już nie był w stanie utrzymać się w pionowej pozycji. W jego sercu rozszalała się dzika rozpacz, zalewająca go ogromnymi falami wewnętrznego bólu. Nie zwracał nawet uwagi na to, że jego ubrania leżą rozrzucone obok. Ból był dla niego tak piekący, że nie czuł zimna. Był pewien, że to już koniec. Jamesowi nie można było pomóc, nie w ciemnym lesie, bez jakiejkolwiek magii. Schował twarz w rękach zwiniętych na kolanach, po czym zaniósł się płaczem, kołysząc w przód i w tył. Nie wiedział, co powie rodzicom Rogacza, nie wiedział, co powie Remusowi... Przecież on sobie tego nigdy nie wybaczy, przemknęło mu przez myśl, a przerażenie sprawiło, że zapragnął już nigdy nie wracać do Hogwartu, nigdy nie rozmawiać z tymi wszystkimi ludźmi. W dalszym życiu bez Rogacza nie widział jakiegokolwiek sensu. Był przy nim od najmłodszych lat. Wspierał, kiedy rodzina doprowadzała go najpierw do łez, potem do wściekłości i rozgoryczenia. Był przy nim zawsze, jak brat. Oparł jedną dłoń o ziemię, po czym od razu syknął z bólu. Spojrzał w dół, przez łzy dostrzegłszy rozbite okulary Jamesa. Wziął je pokaleczoną dłonią, czując, że jeszcze chwila i eksploduje z rozpaczy. 

      Podniósł wzrok, kiedy zauważył nagły ruch przy przyjacielu. Lily gwałtownie pochyliła się nad jego twarzą. W pierwszym odruchu pomyślał, że całuje Jamesa prosto w usta. Zanim zdążył jakkolwiek zareagować, dziewczyna oderwała się od bruneta, po czym ułożyła dłonie na jego klatce piersiowej.

– Co ty wyprawiasz, do cholery? – zapytał przez łzy, obserwując zszokowany, jak dziewczyn z zawziętością naciska na mostek Rogacza.

– Próbuję go ratować – jęknęła cicho, nie odrywając się od wykonywanej czynności.

      To było pierwsze, co przyszło jej do głowy. W mugolskiej telewizji widziała różne seriale, czy dokumenty, gdzie tak ratowano ludzkie życie. Wiedziała, że czarodzieje tego nie praktykują, była świadoma, że większość z nich nawet nie ma o tym pojęcia. Mimo wszystko postanowiła spróbować. Nie wiedziała, czy robi wszystko w stu procentach dobrze, ale nie chciała bezczynnie patrzeć na to, jak siedemnastoletni chłopak, mający przed sobą całe życie, umiera. W tamtej chwili zrozumiałą też, że bez niego po prostu nie da sobie rady. Za bardzo przywykła do jego obecności w swoim życiu, by tak po prostu pozwolić mu odejść. Kiedy po raz pierwszy dotknęła jego ust swoimi, przeraziła się tym, jak bardzo są zimne. Automatycznie ubrudziła swoje wargi krwią chłopaka, lecz w żadnym stopniu jej to nie obrzydziło. Klatka piersiowa chłopaka uniosła się dwa razy pod wpływem wykonywanych wdechów, a dziewczyna poczuła częściową ulgę. Działało. W jej sercu obudziła się nikła nadzieja. 

      Syriusz na początku patrzył na nią, jak na zupełną wariatkę. Nie potrafił zrozumieć, co takiego robi, ale kiedy zauważył, że tors chłopaka się podnosi, znieruchomiał i wpatrzył w dziewczynę. 

– Pomóż mi, Syriusz – powiedziała Lily, przenosząc się z powrotem na wysokość twarzy chłopaka, by wykonać wdechy. Łzy ciekły jej po policzkach, lecz mimo to chciała walczyć, próbować. Dostarczyła Jamesowi kolejną porcję powietrza, a Syriusz, patrząc na jej twarz umazaną krwią przyjaciela, podniósł się do pionowej pozycji. Z zacięciem w oczach, przysunął do Jamesa.

– Co mam robić?

***

      Peter biegł szybko, oglądając się niespokojnie za siebie. Co kilkaset metrów, kiedy tylko odbiegł należycie daleko, przystawał, zamieniał się w człowieka i ponownie imitował wilcze wycie. Za pierwszym razem nie miał pojęcia, czy to w ogóle zadziała. Kiedy jednak dogonił swoich towarzyszy i zobaczył, co dzieje się na polanie, postanowił oddalić się jak najszybciej, by spróbować. Lunatyk połknął haczyk, rzuciwszy się w pogoń za nieistniejącym osobnikiem tego samego gatunku. 

      Glizdogon przystanął zmęczony, ocierając się drobną szczurzą łapką. Słyszał dokładnie, jak Remus kilka metrów za nim węszy zapamiętale, unosząc łeb do góry. Peter zaszył się w najgęstszych krzakach, jakie znalazł, by złapać oddech. Chciał wrócić do przyjaciół, zobaczyć, czy wszyscy są bezpieczni, lecz wiedział też, że Remusa pod żadnym pozorem nie można zostawić samego. Z zacięciem postanowił, że to on sam z nim zostanie do końca pełni. Był świadom, że kiedy przyjaciel zorientuje się, że drugi wilkołak nie istnieje, będzie chciał wrócić w miejsce, gdzie znajdowali się James i Syriusz. Miał tylko nadzieję, że zdążą stamtąd uciec. 

***

      Lily nie miała już siły, brakowało jej powietrza, a śnieg, na którym klęczała sprawił, że nie czuła kolan. Łzy płynęły jej ciurkiem po twarzy, lecz mimo to nie poddawała się. Miała wrażenie, że jeżeli tylko odsunie się od Jamesa, porzuci próbę przywrócenia mu oddechu, tym samym wyda na niego wyrok śmierci. Syriusz, który uciskał jego klatkę piersiową coraz bardziej nie widział w tym sensu. Nie wiedział, co to miało na celu, o nic nie pytał. Robił tylko to, co nakazała mu Lily. Nie miał już nic do stracenia, lecz kiedy patrzył na Jamesa, którego stan nie zmieniał się już od dobrych kilku minut, porzucił resztki nadziei. 

– To nie ma najmniejszego sensu – jęknął, odsuwając się od przyjaciela. – Już za późno. 

      Dziewczyna kompletnie nic już nie widziała, tak bardzo załzawione miał oczy. No dalej, proszę cię, błagała w myślach po raz enty przysuwając się do martwych ust chłopaka, uśmiechnij się do mnie, James, powiedz, że to wszystko to wasz kolejny żart. Tak bardzo chciała, żeby cała ta sytuacja okazała się kolejną ustawką Huncwotów. Nigdy wcześniej nie spodziewała się, że kiedykolwiek tego zapragnie.

– Nie rób mi tego – wyszlochała w końcu, opierając się czołem o jego klatkę piersiową. – Błagam cię, nie rób mi tego.

      W pewnym momencie przed oczami stanął jej pewien wiosenny wieczór.

 No błagam cię...  wyszeptała, dotykając jego dłoni. – Ocknij się, James.

 Nagle poczuła, jak czyjeś ręce obejmują ją w pasie, a kiedy znowu spojrzała na twarz chłopaka, zobaczyła, że ten patrzy na nią z uśmiechem i błyskiem w orzechowych oczach. 

– James? – zamruczał cicho chłopak, patrząc na nią z bardzo bliskiej odległości. Poczuła jego oddech na swojej twarzy. – Nigdy tak do mnie nie mówiłaś, Ev... Lily. 

      Leżąc na jego nieruchomej klatce piersiowej w ciemnym lesie, szlochając głośno, niczego tak nie pragnęła, jak tego, by sytuacja się powtórzyła. Chciała, żeby ją przytulił, chciała poczuć jego ciepły oddech, spojrzeć jeszcze raz w oczy. 

      Syriusz patrzył na nich bezradnie, miotany wewnętrznym cierpieniem i poczuciem ogromnej straty. Spojrzał na twarz przyjaciela, po czym podskoczył gwałtownie. James nieznacznie skrzywił usta, a po chwili zakasłał cicho, próbując unieść głowę. Lily natychmiast się poderwała i chwyciła jego twarz w dłonie. Black pochylił się nad nimi, z napięciem wpatrując w rysy przyjaciela.

– Spójrz na mnie, James – wyszeptała dziewczyna, klepiąc go delikatnie po policzku. – Hej, otwórz oczy. 

      Chwilę to trwało, ale w końcu Rogacz uchylił powieki, wbijając niewidzący wzrok w niebo. Oddychał ciężko, z trudem, jakby mocno się czymś zmęczył, ale oddychał. Lily zaśmiała się cicho, opierając czołem o jego czoło. Nigdy wcześniej nie poczuła takiej ulgi, w tamtym momencie aż zakręciło jej się w głowie. Syriusz zaklął pod nosem, zaciskając powieki i odgarniając włosy z czoła.

– O, stary – wychrypiał, wycierając łzy wierzchem dłoni. – Jeśli jeszcze raz tak zrobisz, to ja cię zabiję. 

      Rogacz sprawiał wrażenie, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie mógł tego zrobić. Przełknął ślinę, a Lily pogłaskała go po policzku. Łzy ulgi kapały na jego twarz. Syriusz podniósł się i zaczął ubierać. Adrenalina buzująca w jego żyłach sprawiała, że prawie w ogóle nie czuł bólu. Jego najważniejszym celem było zabranie stamtąd Jamesa, choćby miał zrobić to osobiście. Dziękował niebiosom za rozsądek swój i swoich przyjaciół, że za każdym razem tak ciepło się ubierali. Gdyby James nie miał na sobie tylu warstw ubrań, nie zdążyliby nawet go znaleźć. 

– Pomóż mi go wziąć na plecy, Lily – powiedział Black, kiedy już zarzucił na siebie płaszcz. – Musimy go zanieść do Hagrida, on na pewno nam pomoże. 

      Kiedy Lily zaczynała się podnosić, James w końcu znalazł w sobie dość siły, by się odezwać. Głos miał ledwo słyszalny.

– Gdzie jest Remus? – Lily i Syriusz wymienili szybkie spojrzenia.

– Z Glizdogonem, nie przejmuje się, bracie – powiedział Syriusz, starając się, by jego głos zabrzmiał kojąco. – Wiem, że wszystko cię boli, ale muszę cię podnieść. Dasz radę, to potrwa tylko chwilkę.

      James znowu miał zamknięte oczy, ale nieznacznie kiwnął głową. Kiedy Black delikatnie złapał go za ramiona, zacisnął zęby, by krzyknąć z bólu. Nie potrafił nawet zlokalizować jego źródeł, bo całe ciało niemiłosiernie go rwało. Czuł się skołowany, nie wiedział do końca, co się dzieje. Co chwila tracił przytomność, by potem na kilka sekund znowu ją odzyskać. Ostatnim momentem, który zapamiętał były jakieś światła i ujadanie psa. Potem znowu nastała kompletna ciemność, której tym razem nie potrafił przezwyciężyć. 
________________________________

O nie wierzę, nie dodawałam rozdziału ponad miesiąc. Nie mam pojęcia, jak ja to zrobiłam, nawet nie wiem, co się stało z moim wolnym czasem przez ostatnie tygodnie. Myślałam, że w ferie się rozwinę i polecę do przodu kilka rozdziałów, a ja ledwo zdążyłam napisać ten jeden. :') Szkoda słów.
Mimo wszystko mocno się postarałam, pisząc go. Nie wiem, chyba potrzebowałam takiej emocjonalnej bomby, trochę się chyba wyżyłam tym rozdziałem. Zastosowałam niemagiczne rozwiązanie, z czym w ogóle się jeszcze nie spotkałam w opowiadaniach potterowskich... Biłam się z myślami długi czas, czy w ogóle wprowadzić element reanimacji Jamesa, ale w końcu stwierdziłam, że to może być bardzo ciekawe doświadczenie. Nie wiem, jak mi to rzeczywiście wyszło, osobiście jeszcze nie mam zdania. Mam nadzieję, że nie jest źle. I..., że niektóre osoby mnie nie zjedzą za pewne rzeczy. XD
Kolejny rozdział postaram się dodać dużo szybciej, trzymajcie kciuki, żeby się udało. <3 Już bardzo chciałabym go opublikować tak w zasadzie, bo mam już cały dokładnie rozplanowany. 
Trzymajcie się ciepło i do przeczytania! 
Theme by MIA