19 lipca 2017

Rozdział XIII

       Lily udało się wyjść ze Skrzydła Szpitalnego dopiero po dwóch dniach, które niemiłosiernie się jej dłużyły. Nie miała żadnych wieści. Nie wiedziała kompletnie nic o tym, co działo się z Jamesem. Próbowała podpytywać panią Pomfrey, ale ta za każdym razem ją zbywała i kazała w spokoju odpoczywać. Syriusz wymknął się spod czujnego oka pielęgniarki już dzień po zabraniu Pottera do św. Munga. Dziewczyna była bardzo zaskoczona faktem, że nikt go za to nie ściga, ani na siłę nie ściąga z powrotem. Próbowała z nim rozmawiać, kiedy jeszcze zajmował sąsiednie łóżko, ale odpowiadał bardzo zdawkowo albo po prostu udawał, że śpi. Poprzedniego dnia podniósł się i, gdy pielęgniarka nie widziała, wyszedł, a Lily obserwowała to z takim zaskoczeniem, że nie wiedziała, czy ma go zatrzymywać, czy odpuścić. W końcu zrobiła to drugie, ale obiecała sobie, że jeszcze złapie go i zmusi do rozmowy.

  Nadal nie powiedział nauczycielom prawdy. Zauważyła, że oni sami przestali na niego naciskać. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego tak było. Przecież uzdrowicielom powinni podać jak najwięcej informacji o tym, co stało się w Zakazanym Lesie. Jakiś cichy głosik w głowie podpowiadał jej, że pewnie nie chcieli go męczyć. Widzieli po nim, jak bardzo to wszystko przeżywał. Za to ona sama kilkukrotnie została wzięta w krzyżowy ogień pytań przez profesor McGonagall. Było to zaraz po opuszczeniu Skrzydła Szpitalnego przez Syriusza. Zastępczyni dyrektora zmierzyła tylko puste łóżko chłopaka dziwnym spojrzeniem, po czym bez zbędnych komentarzy, przysunęła sobie krzesło do łóżka Lily. Dziewczyna poczuła wtedy, jak robi jej się gorąco. Syriusz najwyraźniej nic nie chciał powiedzieć, znaczyło to, że to musi być jakaś poważna tajemnica. W końcu, co innego mogło go skłonić do utrudnienia działania w takiej sytuacji? To nie ona chciała być tą osobą, która powie, że Dumbledore nie upilnował trójki rozbrykanych animagów. Czuła podświadomie, iż mieliby przez to ogromne kłopoty, złamali w końcu prawo czarodziejów.

      Ostatecznie McGonagall nie dowiedziała się od niej niczego konkretnego. Lily opowiedziała jej pokrótce o tym, co się wydarzyło, omijając chłopaków zamienionych w zwierzęta. Nie zapomniała również wspomnieć o swoim porwaniu, kiedy Minerwa zapytała o powód jej pobytu w Zakazanym Lesie. Nauczycielka wydawała się być tym bardzo wstrząśnięta, a dziewczyna była pewna, że nie zostawi tego bez echa. Sama nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć. Będąc w puszczy miała dziwne wrażenie, że wie, kto może za tym stać, ale jej podejrzenia poważnie kłóciły się ze zdrowym rozsądkiem. Przecież Severus nie miał żadnych powodów, by chcieć ją zabić. Nazwała to w swojej głowie po imieniu, inaczej nie potrafiła. To była jawna próba zrobienia jej poważnej krzywdy, ale też nie mogła doszukać się żadnych motywów takiego czynu u swojego starego przyjaciela. Może ta nuta mięty w zapachu eliksiru była tylko przypadkiem? Chciała, żeby tak było, co więcej, próbowała to sobie wmówić. Kiedy McGonagall dopytywała ją, czy ma jakieś podejrzenia, co do potencjalnego sprawcy, zaprzeczyła. Nie była w stanie oskarżyć go bez prawdziwych dowodów. Obiecała sobie, że sama przeprowadzi śledztwo w tej sprawie, a dopiero później włączy w nie osoby trzecie.

      W tamtych chwilach wszystkie jej myśli zajmował James. Nie potrafiła skupić się na niczym innym. Leżała, wpatrując się w sufit, myśląc tylko o nim. Czy już wiedzą, co mu jest, czy gorączka mu spadła, czy się obudził, czy mocno go boli... Te wszystkie pytania bez odpowiedzi sprawiały, że miała ochotę działać, robić cokolwiek. Znowu ją uratował. Znowu się nie zawahał. A ona znowu nie wiedziała, jak mu się odwdzięczy. Nie potrafiła też zrozumieć tego dziwnego uczucia, które już od kilku tygodni nie dawało jej spokoju. Po całej tej sytuacji tylko się wzmogło. Drwiła w myślach sama z siebie, bo nie wiedziała nawet, jakim mianem je określić. Próbowała to sobie wytłumaczyć zobowiązaniem, które wobec niego miała, ale była pewna, że to wcale nie było powodem jej rozterek.

Wyszła ze Skrzydła Szpitalnego w towarzystwie Dorcas, która nie potrafiła pozbierać się po tym, co zaszło. Kiedy Lily wtedy nie wracała przez tyle godzin, wpadła w panikę, nie wiedziała, co miała zrobić, a nauczycieli zdecydowała się powiadomić  dopiero w chwili, w której Evans sama dotarła do szkoły po pomoc. Następnego dnia, kiedy przyjaciółka ją odwiedziła, nie potrafiła powstrzymać płaczu. Rudowłosa przez kilka dobrych minut próbowała ją uspokoić, zdziwiona takim zachowaniem, którego w ogóle nie spodziewała się po Dorcas. Opowiedziała jej mniej więcej tyle samo, co McGonagall, nie chciała zdradzać więcej. O Jamesie również nie miała ochoty rozmawiać, choć zazwyczaj zwierzała się Meadowes ze wszystkiego. Czuła, że powinna zachować to dla siebie, przynajmniej na razie. Z resztą miała taki mętlik w głowie, że nie wiedziałaby nawet, co powiedzieć.

Od samego początku była pewna, że odnalezienie Syriusza będzie nie lada wyczynem. Zaczynała się nawet obawiać, czy chłopakowi nie wpadł do głowy jakiś głupi pomysł, typu zwianie ze szkoły i udanie się do św. Munga. Z drugiej strony była pewna, że nauczyciele musieli wiedzieć, co się z nim działo, inaczej byłaby zadyma na całą szkołę. Sama snuła się po szkole, jak cień, nie zwracając uwagi kompletnie na nic. Na zajęcia nie musiała chodzić do końca tygodnia; McGonagall dała jej czas na dojście do siebie. Choć fizycznie czuła się już zupełnie dobrze, psychicznie nadal była w rozsypce.

Ostatniego dnia pełni postanowiła wyjść na spacer. Miała nadzieję, że może świeże powietrze pomoże jej to wszystko jakoś sobie poukładać. Nikomu nic nie mówiąc, wyszła z dormitorium, w którym spędzała większość czasu po wyjściu ze Skrzydła Szpitalnego, i udała się do wyjścia z zamku. Jakież wielkie było jej zdziwienie, gdy po drodze natknęła się na Syriusza. Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, by mieć pewność, że to na pewno on. Stał w promieniach zachodzącego słońca, które zagadkowo iskrzyło się w zaspach miękkiego śniegu. Wybrał miejsce oddalone od ludzi, nie daleko Wierzby Bijącej. Lily zatrzymała się z wahaniem. Był do niej odwrócony tyłem, nie miała pojęcia, jak podejść i zacząć rozmowę. W końcu policzyła w myślach do trzech i, przedzierając się przez biały puch, stanęła obok niego. Spojrzała na jego pobladłą twarz z szarym cieniem zarostu, na przetłuszczone włosy, które targał wiatr, to samo robiąc z połami niezapiętego płaszcza. Palił papierosa, ale robił to raczej odruchowo, niż z rozmysłem. Rzucił jej krótkie spojrzenie, nic nie mówiąc. Wypuścił tylko dym z ust, przeczesując włosy dłonią.

– Wiesz coś może? Co z nim? – Te słowa wyrwały się z jej ust, zanim zdążyła pomyśleć o jakimkolwiek powitaniu.

Black prychnął gorzko, przestępując nerwowo z nogi na nogę.

– Kompletnie nic, niczego nie mogłem się przecież dowiedzieć – powiedział zachrypniętym głosem, po czym gwałtownie zaciągnął się papierosem.

Dziewczyna westchnęła ciężko, chowając twarz w szaliku, a zmarznięte ręce wciskając do kieszeni. Miała wrażenie, że milczenie nauczycieli wcale nie wynika z niewiedzy, wręcz przeciwnie. Dziwnie się czuła, podejmując konwersację z osobą, która przez większość psuła jej nerwy i którą trzymała na dystans. Nigdy nie miała powodów do poważniejszych rozmów z Blackiem, ale tym razem wiedziała, że wszystkie uprzedzenia musi schować głęboko w sobie.

– McGonagall próbowała coś ze mnie wyciągnąć… – zaczęła w końcu po dłuższej chwili milczenia.

– Domyślam się.

Lily rzuciła mu szybkie spojrzenie, ale jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Wpatrywał się w jakiś punkt przed sobą.

– Nie powiedziałam jej nic. To ty powinieneś to zrobić – oznajmiła stanowczo, podejmując próbę przekonania Syriusza do przyznania się. – Może dzięki temu…

– Posłuchaj! – Przerwał jej nerwowo, stając do niej przodem i mierząc ją wściekłym spojrzeniem. Nie odwróciła wzroku. – Nie mogę sam podejmować takich decyzji, nie tylko ja jestem w tym bagnie. Przyrzekliśmy sobie, że…

Tym razem to dziewczyna prychnęła.

– Czy te wasze śmieszne przysięgi są ważniejsze niż życie twojego najlepszego przyjaciela? – zapytała, podnosząc głos. – Przecież on może umrzeć, jeśli nie będą wiedzieli, jak mu pomóc. Proszę cię, Syriuszu, nie bądź śmieszny.

– Ja… on… on nie umrze, nie mów tak – powiedział cicho chłopak, mimowolnie cofając się o krok.

– Nie możesz tego wiedzieć. Tam, w lesie, przez kilka minut już nie żył. Był martwy

Przy ostatnim słowie głos jej się zatrząsł, a w oczach stanęły łzy. Poczuła podświadomie, że posunęła się za daleko, ale nie wiedziała, jak inaczej przemówić Blackowi do rozsądku. Stał blady, jak ściana, z głową opuszczoną w dół. Nic nie mówił, a Lily czuła, jak jej wściekłość na niego wzrasta. Miała ochotę szarpnąć go za przód ubrania, sprawić, by w końcu zaczął myśleć, ale nie ruszyła się nawet o milimetr.

– Proszę cię, musisz to zrobić – powiedziała w końcu, nie mogąc znieść tego okropnego milczenia. – Nie wierzę, że nauczyciele dali ci spokój. Jak ty się w ogóle wytłumaczyłeś z tej ucieczki? Nadal powinieneś leżeć w Skrzydle Szpitalnym.

Mimowolnie zerknęła na jego nogę, ale ciężko jej było cokolwiek stwierdzić, ponieważ był zakryta przez spodnie.

– Moja sprawa, jak się wytłumaczyłem – odpowiedział oschle po dłuższej chwili. – A nauczycielom powiedziałem, tyle, ile mogłem.

– I to jest na pewno za mało – warknęła, ignorując jego nieprzyjemny ton. – Jesteś niepoważny.

Syriusz znowu zaciągnął się papierosem, po czym ze świstem wypuścił powietrze z płuc. Lily skrzywiła się mimowolnie, czując zapach dymu, ale nic nie powiedziała, widząc, że chłopak był na nią coraz bardziej wściekły.

– Czy łaskawie mogłabyś przestać się wtrącać w nieswoje sprawy? – zapytał przez zaciśnięte zęby, ciskając niedopałkiem w zaspę. – Bardzo przyjemnie się rozmawiało, ale muszę już iść. Do… kiedyś tam.

  Lily zatkało. Stała w miejscu, patrząc na chłopaka, który wbił ręce w kieszenie i szybkim krokiem zaczął się od niej oddalać. Szedł w stronę Zakazanego Lasu. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy.

– Co ty wyprawiasz?! Gdzie ty idziesz?

Nie spodziewała się dostać odpowiedzi na żadne z zadanych pytań, ale ku jej zdziwieniu Black odwrócił nieznacznie głowę, rzucając jej spojrzenie przez ramię.

– Pomóc Peterowi.

– W czym? Czyś ty oszalał? Nauczyciele cię…

– Nauczyciele o wszystkim wiedzą – powiedział ze zniecierpliwionym westchnieniem. – Powiedziałem, że pójdę pomóc Peterowi przynieść Re… Lupina do zamku. Dzisiaj koniec pełni.

Lupina? Dziewczynę uderzyło to, że zamiast imienia przyjaciela, użył nazwiska, ale nie miała czasu, by się nad tym zastanowić. Wcale jej się nie uśmiechało patrzenie, jak Syriusz znowu pcha się w paszczę potwora.

– Pójść z tobą? – zapytała niepewnie, bawiąc się rękawem kurtki,  nie podejmując nawet próby wyplenienia mu tego pomysłu z głowy. – Może wam pomogę?

Syriusz po raz pierwszy od wielu kilku dni się uśmiechnął. Był to bardziej ironiczny uśmieszek, ewentualnie pobłażliwy grymas, niż szczery uśmiech, ale jednak dał objaw jakichkolwiek pozytywnych emocji. Poczuł, że jego twarz dziwnie reaguje na dawno nieużywany gest.

– Dzięki, mała, ale raczej do niczego się tam nie przydasz – powiedział, idąc tyłem, jakby już bardzo mu się spieszyło. – Gdybyś mogła… spróbuj się jeszcze czegoś dowiedzieć, okej?

Spoważniał, rzucając jej niepewne spojrzenie, ale ona szybko pokiwała głową na znak, że w razie czego o wszystkim go poinformuje. Uśmiechnął się do niej blado jeszcze raz, machnął ręką, po czym odwrócił się i truchtem ruszył w kierunku Zakazanego Lasu. Lily stała tam, dopóki jego sylwetka nie zniknęła jej z oczu, chowając się w gęstwinie drzew. Nadal była w lekkim szoku po tak szybkim zakończeniu rozmowy, ale nie pozostało jej nic innego, jak oczekiwanie na jakiekolwiek wieści. Nie potrafiła do niczego zmusić Syriusza, poza tym dał jej dość dosadnie do zrozumienia, że ma się nie wtrącać. Ale już nie mogła tak po prostu o tym zapomnieć. Za późno. Nie po tym wszystkim, co zaszło.

***
Odnalezienie przyjaciół zajęło Syriuszowi dosłownie kilka minut. Od razu po zamienieniu się w psa, złapał trop prowadzący na północ od szkoły. Wiódł przez ich zwyczajną trasę, skręcając w miejsce, w którym znaleźli ledwo żywego Jamesa. Łapa mimowolnie wzdrygnął się, wyczuwając w powietrzu nutki zapachu krwi. Minęło już wiele godzin od tamtego zdarzenia, ale on nadal był w stanie wyłapać tą metaliczną woń. Przedzierał się przez leśną gęstwinę, nie spiesząc się zbytnio. Chciał trafić na moment, w którym Remus będzie już człowiekiem, wolał sobie darować kolejne spotkanie z wilkołakiem. Miał tego serdecznie dosyć.

Rozmyślał smętnie o zaistniałej sytuacji, idąc z nosem blisko przy ziemi. Próbował wmówić sobie, że wyznanie prawdy o zamienianiu się w zwierzęta niczego nie zmieni i nie pomoże Jamesowi, ale nawet sam siebie nie potrafił do tego przekonać. Nie wiedział kompletnie, co miał zrobić. Zbył McGonagall, jak tylko się dało, jednocześnie starając się nie wzbudzać większych podejrzeń.To wszystko był strasznie skomplikowane, a po raz pierwszy od wielu lat nie miał się nawet kogo poradzić. James na pewno wiedziałby, co zrobić albo chociaż wyszedłby z twarzą z sytuacji.

Z pyska Syriusza wyrwał się cichy jęk, ale mimo to nie przestawał iść dalej. W pewnym momencie zapach przyjaciół był już tak silny, że Black wyprostował się w gotowości i zaczął skradać w kierunku krzaków, w których coś szeleściło. Jeżąc sierść na grzbiecie, wszedł pomiędzy smagające go gałęzie, by po chwili stanąć obok nieprzytomnego, jak zawsze Remusa, który był już w swojej ludzkiej postaci. Syriusz przeniósł spojrzenie na Petera, który siedział obok, dysząc głośno. Kiedy go zobaczył, aż jęknął z ulgi.

– Och, Syriusz, jak dobrze, że jesteś – powiedział, jąkając się nieznacznie. – Nigdy w życiu sam bym go tam nie zatargał, właśnie się zastanawiałem, co zrobić. Już chciałem iść po pomoc do zamku.

Łapa po chwili stanął na dwóch nogach, zdmuchując grzywę czarnych włosów z czoła. Przyglądał się Glizdogonowi z pewnym podziwem. Udało mu się. Dokonał tego, sam przypilnował Lunatyka podczas pełni, podprowadził jak najbliżej zamku. Wyglądał na wycieńczonego do granic możliwości i Syriusz, który chciał go wziąć w krzyżowy ogień pytań, natychmiast porzucił ten zamiar. Mieli w końcu na to czas. W pewnym momencie oczy Glizdogona rozszerzyły się z przerażenie.

– Gdzie James? Co z nim? Czy on… Widziałem tą krew…

– Żyje – odpowiedział Syriusz głosem wypranym z emocji. – Ale… ale jest źle, musieli go zabrać do św. Munga.

Peter zamarł na chwilę, ale widząc, że Syriusz schyla się po bezwładne ciało Lunatyka, natychmiast rzucił się mu na pomoc.

– Przecież… – zaczął Glizdogon, lecz Black mu przerwał, zarzucając na siebie jedno z ramion Remusa.
– Po drodze ci opowiem, łap go z tamtej strony. Chcę mieć to już z głowy.
Peter posłusznie wykonał polecenie, po chwili szli w kierunku zamku. Na szczęście mieli bardzo niedaleko, już po kilku minutach mijali chatkę Hagrida, z poczuciem dziwnego bezpieczeństwa patrząc w jego oświetlone okna. Syriusz, tak jak obiecał, opowiedział przyjacielowi wszystko, od samego początku, nie pomijając żadnych szczegółów. Na końcu zapadła ciężka cisza; akurat dotarli przed wrota szkoły.

– Przecież on sobie nigdy tego nie wybaczy – wyszeptał Peter,  wskazując z przerażeniem głową na nieprzytomnego Lunatyka, kiedy z trudem wchodzili do środka. – Ja nie wiem, jak my mu o tym powiemy.

Syriusz nie odpowiedział, sprawiając wrażenie, jakby w ogóle tego nie usłyszał. Pani Pomfrey, jak zwykle na nich czekała. Black przez chwilę poczuł ukłucie tęsknoty za normalnością. Tak bardzo chciałby, by od niego kroczył James, a Peter tylko osłaniał tyły.  Kiedy weszli do Skrzydła Szpitalnego, kobieta nic nie powiedziała. Popatrzyła tylko uważnie na Syriusza, lecz ten uporczywie odwracał wzrok. Wskazała im już przygotowane łóżko. Podeszli, by złożyć na nim Remusa, a Black, ku zdziwieniu obecnych, zrobił to dość brutalnie. Gdy Lunatyk już miał zsunąć się na podłogę, podparł kolanem jego bezwładne ciało, po czym wsunął je szybko z powrotem na poduszki. Potem po prostu odwrócił się tyłem i skierował swe kroki do wyjścia. Nie mógł znieść tego napięcia, nie chciał nikomu spojrzeć w oczy. Peter patrzył z na to z przerażeniem, mimo zmęczenia, pojmując wszystko.

– Syriuszu, nawet nie żartuj – wyjąkał, wpatrując się z napięciem w plecy przyjaciela. – Przecież on wcale nie chciał tego zrobić.

Black przystanął na chwilę, jakby chciał się odwrócić i coś powiedzieć, ale szybko porzucił ten zamiar. Zaciskając dłonie w pięści, wyszedł szybko z pomieszczenia, nie oglądając się za siebie.

***

Siedział nieruchomo na fotelu, wpatrując się martwym wzrokiem w ogień płonący na kominku. Trzaskające wesoło płomienie odbijały się w jego oczach, sprawiając, że błyszczały w ciemnościach. W prawej dłoni, opartej o kolano, ściskał list od rodziców Jamesa, drugą podpierał brodę. Było już grubo po drugiej w nocy, Pokój Wspólny zionął pustką. Jedyną osobą w nim obecną był Syriusz, który nawet przez chwilę nie pomyślał o tym, żeby się położyć. Nie potrafiłby zasnąć, nie chciał nawet wchodzić do dormitorium. Puste łóżko stojące obok jego własnego, sprawiało, że dostawał szału z rozpaczy. Nie mógł patrzeć na  bałagan, który James zostawił na chwilę przed wyjściem do lasu. Spieszyło im się i powiedział, że posprząta po powrocie. Black zacisnął usta, wymyślając sobie w myślach od idiotów. Jak mógł myśleć o nim, jak o kimś, kogo już nie ma? O kimś, kto już nigdy nie posprząta tego cholernego bałaganu?

Pochylił się gwałtownie, kryjąc twarz w dłoniach. Całym sobą powstrzymywał się od płaczu. Próbował myśleć pozytywnie, wmawiać sobie, że wszystko będzie dobrze, ale nie miał do tego żadnego punktu zaczepiania. List, który doręczono mu rano, tylko go dobił. Rodzice Jamesa nie mogli nawet udać się do szpitala, przez smoczą ospę, która nadal ich męczyła. Napisali, że wysłali tam już kogoś z rodziny, ale od niego próbowali dowiedzieć się, co takiego dokładnie się stało. Dumbledore przekazał im zapewne to, co sam wiedział, ale oni nie byli głupi. Domyślili się, że Black będzie najbardziej poinformowany w sprawie. W słowach pisanych ręką matki Rogacza, Syriusz dopatrzył się nie tylko rozpaczy i strachu o syna, ale też… wyrzutów? Czuł, że mają do niego żal, był tego wręcz pewien. Nie zamierzał im odpisywać. Nie wiedział nawet, co mógłby napisać. Przeprosić? Ale za co? Przecież to nie on skrzywdził ich jedyne dziecko. Nie on doprowadził je do tak krytycznego stanu.

Peter wszedł do Pokoju Wspólnego kilka minut po nim. Syriusz nie chciał z nim rozmawiać, nie chciał słuchać jego uwag odnośnie Remusa. Po kilku próbach Glizdogon dał za wygraną, czując, że już dłużej nie utrzyma się na nogach ze zmęczenia i poszedł spać, a Łapa został sam ze swoimi myślami. Czuł obrzydzenie do samego siebie, ale nie potrafił spojrzeć na Lunatyka bez pryzmatu tego, co zrobił. Próbował tłumaczyć sobie na różne sposoby, że to tak naprawdę nie Lupin stoi za tą tragedią, ale nic nie potrafiło go przekonać. Wiedział, że nie będzie w stanie spojrzeć mu w oczy, nawet nie chciał go widzieć. To wszystko za bardzo wymknęło się spod kontroli. Myśleli, że dadzą radę,  dumnie twierdząc, że wszystko jest możliwe. Nie było. Nie byli w stanie panować nad tą bestią, która budziła się w Lupinie każdej pełni. Przegrali. A Łapa już nigdy więcej nie chciał naprawiać tej porażki.

Podniósł się z fotela, po czym pociągając nosem, zbliżył się do ognia. Po krótkim wahaniu cisnął pergamin w płomienie. Dłuższą chwilę stał w miejscu i przyglądał się, jak cienki papier trawi ogień. Odruchowo sięgnął do kieszeni spodni, by włożyć tam dłonie, lecz w jednej z nich natknął się na swoje lusterko dwukierunkowe. Przełknął ślinę, po czym powolnym ruchem wyjął je z kieszeni. Zastygł na ułamek sekundy, wpatrując się w swoje odbicie w gładkiej tafli. Obrócił lusterko kilka razy, mrugając gęsto.

– James – powiedział cicho, a jakaś naiwna część jego umysłu wierzyła, że stanie się to, co zawsze.

Niestety, tym razem w lusterku nie pojawiła się twarz Rogacza, orzechowe oczy nie błysnęły wesoło zza szkieł okularów. Syriusz nie wytrzymał i krzywiąc się rozpaczliwie, opadł ciężko na kanapę. Po jego policzkach popłynęły gorące łzy, które po kilku sekundach skapnęły na szklaną taflę.
____________________________________
Cześć!
Jak obiecałam, tak tym razem przybywam z rozdziałem dużo wcześniej. Może nie na tyle wcześnie, na ile bym sobie tego życzyła, ale jednak! Do końca lipca będę robiła wszystko, żeby pojawiły się tutaj jeszcze dwa rozdziały, ale jeśli się to nie uda, to i tak bankowo będzie jeden.
Nie mam pojęcia, jak mogłabym skomentować powyższy fragment mej powieści, żeby niczego Wam nie zdradzić. Może powiem tylko tyle, że było mi cholernie przykro podczas tworzenia, a że jestem masochistką, zaczęłam oglądać sobie filmiki dotyczące Huncwotów. Bolało. :')
Za to mam kopa weny i teraz mam zamiar naprawdę nadrobić wszystkie zaległości, żeby w roku szkolnym być na czysto. Mówiłam, kiedyś, że chciałabym, aby przynajmniej raz w miesiącu pojawiał się tutaj nowy wpis. Nadrobiłam już marzec i kwiecień, przede mną reszta zaległych miesięcy, ale dam radę. Mam za dużo pomysłów, by ich nie wykorzystać!
Trzymajcie się ciepło, kochani, do napisania!

Theme by MIA