6 lipca 2017

Rozdział XII

       W Zakazanym Lesie zerwał się mroźny, gwiżdżący wiatr. Drzewa uginały się pod jego wpływem, a wszystkie stworzenia pochowały w bezpieczne miejsca. Lily szczękała zębami, drżąc mocno, jednocześnie próbując owinąć się ubraniami, które miała na sobie. Praktycznie przez całą drogę nie odrywała wzroku od Jamesa, który bezwładnie zwisał z pleców wycieńczonego Syriusza. Chłopak ledwo trzymał się na nogach, mimo to prując twardo do przodu. W myślach wyklinał Jamesa, obiecując sobie, że nakłoni go do przymusowej diety, jednocześnie wiedząc, że nie w tym rzecz. Potter był wysoki, a dodatkowo przez lata grania w quidditcha wyrobił sobie mięśnie. Wszystko to sprawiało, że Syriusz nie czuł już pleców, idąc na wpół zgiętych nogach. Dziewczyna kontrolowała stan chłopaka, jednocześnie będąc przerażona tym, że znowu jest nieprzytomny. Bała się, żeby jego serce znowu nie odmówiło posłuszeństwa, chciała jak najszybciej zasięgnąć pomocy kogoś odpowiedniego, dorosłego. Dałaby wszystko, żeby mieć przy sobie różdżkę, stawiałoby ich to w zupełnie innej, stabilniejszej sytuacji. Dodatkowo cały czas nie mieli pewności, czy Remus nie postanowi znowu ich zaatakować. Nie mieli pojęcia, gdzie się znajduje, a Syriusz do tego wszystkiego był przerażony faktem, że Peter jest z nim sam i niewiele może zdziałać. Łapa nie miał ruchu, nie mógł pomóc przyjacielowi upilnować rozwścieczonego wilkołaka, który był zdolny do wszystkiego. Bał się.

         Kiedy w końcu dotarli do drzwi chatki Hagrida poczuli częściową ulgę. Syriusz, nie mogąc już wytrzymać upadł na kolana, co sprawiło, że James zsunął mu się z pleców, uderzając o ziemię. Łapa zaklął, nie mogąc się nawet dobrze wyprostować. Lily, oglądając się niespokojnie na siebie, zaczęła uderzać ręką w drewniane, ogromne drzwi. Nie dbała o to, że obudzi gajowego, chciała by wyszedł do nich jak najszybciej. Usłyszeli ujadanie Kła, a potem żałosne jęknięcie starych sprężyn.

      – Kogo tu ciągnie po nocy, do diaska? – Stłumiony, zachrypnięty głos Hagrida sprawił, że Lily poczuła się bezpieczniej. Kiedy olbrzymi mężczyzna w końcu im otworzył, dziewczyna prawie rozpłakała się z ulgi.

      – Hagridzie, błagam cię pomóż nam – jęknęła, oglądając się na Syriusza, który ponownie, tym razem bez skutku, próbował podźwignąć Jamesa.

      Rubeus wyglądał, jakby ktoś rzucił na niego zaklęcie pełnego porażenia ciała. Przez kilka sekund wpatrywał się w posiniaczone, zakrwawione twarze tak dobrze znanych mu dzieciaków, czując narastający szok.

     – Na Merlina, co wam się stało? – zapytał, schodząc szybko ze schodów prowadzących do jego chaty i podchodząc do nieprzytomnego Jamesa. Ani Lily, ani Syriusz nie mieli siły nic mu wytłumaczyć, ale na szczęście już o nic nie pytał. Z łatwością uniósł chłopaka, jakby ten ważył trzy kilogramy, a nie ponad siedemdziesiąt, po czym skierował się do domu. – Właźcie, szybko.

       Przesunął się, aby mogli iść przodem. Lily widząc, że Syriusz ma problem z chodzeniem, podbiegła do niego, by mógł się na niej oprzeć. Zerknął na nią niepewnie, ale nie mogąc znieść bólu, po prostu skorzystał z jej pomocnego ramienia. Powoli wprowadziła go do środka do zaciemnionej izby, ze zniecierpliwieniem odpędzając radosnego Kła, który próbował wylizać Syriuszowi twarz. Posadziła Blacka na krześle w kącie, po czym natychmiast odwróciła się do Hagrida, układającego Jamesa na swoim łóżku, które obecnie było w nieładzie. Dziewczyna z niemałym trudem odsunęła ogromną kołdrę gajowego na bok. Hagrid wyprostował się, po czym zaczął sukcesywnie zapalać kolejne światła, by mógł cokolwiek dostrzec.

        Lily nie wiedziała przy kim ma siedzieć. Jako jedyna z całej trójki była w stanie trzymać się na nogach. Rzuciła szybkie spojrzenie na Syriusza, który oddychał głośno, ale dzielnie trzymał się na krześle. Cały czas wpatrywał się w Jamesa, a jego przerażony wzrok sprawił, że ona też na niego spojrzała. W ciemności twarz Rogacza nie wyglądała tak źle, lecz w momencie, w którym Hagrid zapalił wszystkie światła, każde zadrapanie, czy siniak były aż nadto widoczne. Lily chciała otrzeć mu krew z policzka i ust, ale bała się go dotknąć, by nie przysporzyć mu bólu. W pewnym momencie gajowy delikatnie, jak na siebie, odsunął ją od łóżka, pochylając się nad nieprzytomnym.

      – Co mu się stało? Kto was zaatakował? – zapytał, kręcąc głową i rozpinając Rogaczowi kurtkę. – Jest cały we krwi, cholibka, skąd tyle tego? Trzeba iść po pomoc do zamku, ja sam niewiele zrobię. Tutaj trzeba magii i to szybko, ma się rozumieć. Mogę spróbować odjąć mu trochę bólu.

          Rzucił spojrzenie na różowy parasol, stojący w kącie pokoju, lecz po chwili powrócił do ściągania z Jamesa kolejnych warstw ubrań. Lily stała obok niego, nie mogąc oderwać wzroku od płynnych ruchów gajowego, jednocześnie nie chcąc zobaczyć źródła całej tej krwi. Nie wiedziała, jak ma odpowiedzieć na pytania, które Hagrid im zadał, więc po prostu milczała. 

       – Ja pójdę – Usłyszała nagle po swojej prawej stronie. Nie zauważyła nawet, kiedy Syriusz wstał i kulejąc, podszedł do nich. 

        – Chyba żeś się z głupim na rozumy pozamieniał – warknął Hagrid, rozrywając Rogaczowi koszulę przesiąkniętą krwią. Zapadła ciężka cisza. Cała jego klatka piersiowa, ramiona, brzuch, nawet szyja, były naznaczone głębokimi szramami o nieregularnych kształtach.

        – Nie wiem, co robiliście w Zakazanym Lesie w nocy, ale wiedzcie, że jesteście skrajnie nieodpowiedzialni – zagrzmiał, ale głos mu się zatrząsł, tak samo jak dłonie, które zaczęły niekontrolowanie drżeć. Nie spodziewał się, że będzie tak źle.

       Lily patrzyła na Jamesa, jak zaczarowana, próbując zebrać myśli i wziąć się w garść. Obserwowała jak jego zakrwawiona klatka piersiowa unosi się pod wpływem urywanych i krótkich oddechów,  zastanawiając się, ile mają jeszcze czasu.

     – Syriusz, siadaj w tym momencie – powiedziała w końcu, drżącymi dłońmi łapiąc chłopaka za rękaw i prowadząc go w kierunku krzesła. – Hagridzie, zrób wszystko, co możesz. Ja zaraz jestem z powrotem.

        Zadrżała, mając przed sobą wizję opuszczenia bezpiecznego schronienia. Nie zwróciła już uwagi na żadne protesty, nie obejrzała się na Jamesa. Wyszła z chatki szybkim krokiem, owijając się ściślej swetrem Syriusza. Chciała puścić się biegiem, ale zmarznięte i zmęczone mięśnie, już nie chciały z nią współpracować. Starając zachowywać się jak najciszej, podążała w kierunku szkoły, marząc o jak najszybszym osiągnięciu celu. Załzawionymi oczami wpatrywała się z uporem w kilka rozświetlonych okien, powstrzymując się, że przed tym, aby nie zacząć wołać o pomoc z miejsca, w którym się znajdowała. Słysząc każdy najmniejszy szmer, oglądała się w panice za siebie, czując duszę na ramieniu. Bała się, że znowu spotka tego potwora, a wtedy już nikt jej nie uratuje. Nie miała pojęcia, która była godzina, już dawno straciła rachubę czasu. Nie obchodziło ją to. Po wpadnięciu do szkoły, miała zamiar postawić ją w całości na nogi.

***
           Peter stanął gwałtownie, ryjąc ziemię drobnymi pazurkami. Słysząc gwałtowną szamotaninę za sobą, zastygł w bezruchu. Z dołu nic nie widział, trawa skutecznie wszystko mu przysłaniała. Bał się zamienić w człowieka, nie wiedział w jakiej odległości od niego jest Remus. Zatoczył w miejscu nerwowe kółko, słysząc warczenie przyjaciela i szarpanie się jakiejś istoty. Kiedy usłyszał chrzęst łamanych kości, znieruchomiał, rozglądając się czujnie i strzygąc uszami. Dostrzegł niedaleko siebie dość wysoki głaz i dziękując w duchu za jego obecność, szybko się na niego wdrapał. Zamarł widząc raciczki, wystające z zaciśniętych szczęk Remusa. Krew skapywała na śnieżnobiały śnieg, a Glizdogon poczuł, jak robi mu się niedobrze. Racice...? Wyciągnął się bardziej, próbując dostrzec poroże, jednocześnie modląc się, żeby jego obawy były tylko wymysłem. 

          Ulga jaką poczuł, patrząc na głowę martwej sarny, sprawiła, że prawie spadł ze swojego punktu widokowego. Oddychając szybko, myślał gorączkowo. Lupin był zajęty pożeraniem złapanej przez siebie zdobyczy, co mogło dać mu choć kilka chwil na zastanowienie się. Spojrzał na drzewo stojące nieopodal, bijąc się z myślami. Nie wiedział, co się działo. Nie wiedział, czy Syriusz i James uciekli z polany. Bał się, że Lunatyk mógł zrobić im poważną krzywdę. Gdyby szybciej wpadł na pomysł z podrabianiem wilczego wycia, może mieliby więcej szans... Plując sobie w brodę, spojrzał na Remusa jeszcze raz. Wilkołak z lubością delektował się posiłkiem, a szkarłatna ciecz skapywała mu z pyska. 

         Czując serce w gardle, Peter podjął decyzję. Zeskoczył z kamienia i zbliżył się do wcześniej wybranego drzewa. Przełknął ślinę, policzył do trzech, po czym skupił się maksymalnie, by odzyskać swoją ludzką postać. Wyprostował się ostrożnie, rzucając spojrzenie przez ramię. Remus na nic innego nie zwracał uwagi, przeżuwając głośno. Starając się zachowywać bezszelestnie, Peter złapał rękoma za najniżej położone gałęzie i podciągnął się. Z trudem wspiął się wyżej, żałując, że w ogóle to wymyślił. Nigdy nie był najlepszy w jakichkolwiek zajęciach fizycznych, z całej czwórki to James najzwinniej skakał po drzewach. Przecież to nic trudnegopomyślał Glizdogon, patrząc z zacięciem w górę, jeśli oni potrafią... To ja też! Czując kropelki potu, spływające po czole, zaczął wspinać się wyżej i wyżej. Kiedy był już w połowie omszałego pnia, obejrzał się. Nie mógł stracić Remusa z oczu. Postanowił, że będzie go pilnował tak długo, jak będzie trzeba, a jeśli nikt nie przybędzie mu z pomocą, sam odstawi go do zamku po pełni. Starając się powtarzać sobie, że w razie czego zdąży zamienić się w szczura i zwiać, wspiął się wyżej. Potrzebował jakiegoś rozeznania w sytuacji, zdobycia jakichkolwiek informacji. Nie wiedział nawet, w której części Zakazanego Lasu się znajdują, to zawsze Łapa ich prowadził. 

          Kiedy był już dostatecznie wysoko, żeby coś zobaczyć, objął pień jedną ręką, a drugą rozchylił gęste gałęzie. Starał się nie myśleć o tym, jak wysoko się znajdował. Nie patrzył też w dół, bo wiedział, że prawdopodobnie przypłaciłby to atakiem paniki i jak nic spadłby na ziemię. Mrużąc oczy, zaczął się rozglądać, słysząc z dołu niespokojne pomruki. Remus kończył jeść. Przełykając ślinę, dostrzegł w oddali drobną postać, która mknęła w kierunku szkoły. Z takiej odległości był w stanie zobaczyć tylko rude włosy, które powiewały na wietrze. Źrenice rozszerzyły mu się z przerażenia. Nie wiedział, że znajdowali się tak blisko Hogwartu. Do tego Evans znowu była sama, a on w swojej marnej postaci nie mógł nic poradzić w razie ewentualnego ataku. Spojrzał jeszcze na chatkę Hagrida, której okna były rzęsiście oświetlone. Czy to możliwe, żeby jego przyjaciele tam byli? Lily najwyraźniej właśnie stamtąd właśnie wyszła... 

          Słysząc przerażający ryk, prawie zleciał z drzewa. Obejrzał się gwałtownie, w ostatniej chwili chwytając za grubą gałąź. Lunatyk stał obok poszarpanych szczątek zwierzęcia i węszył zapamiętale. O nie... Glizdogon zaczął zsuwać się z drzewa, drapiąc się przy tym po twarzy i dłoniach. Nie obchodziło go to. Jeśli Remus znowu wyczuje dziewczynę, to będzie jej koniec. Z kilku ostatnich gałęzi zeskoczył na ziemię, a jego kolana boleśnie to odczuły. Słysząc gwałtowny dźwięk, bestia zesztywniała i odwróciła się powoli. Peter odetchnął głęboko, napotykając spojrzenie przerażających ślepiów. Lunatyk zawył głośno, przy okazji przygotowując ciało do ataku. Zanim jednak zdążył się choćby poruszyć, Glizgodon był z powrotem szczurem i z zawrotną szybkością mknął przez zaspy. Potwór stanął zdezorientowany, poszukując swojej ofiary. Po kilkunastu sekundach znowu usłyszał z dość bliskiej odległości wilcze wycie. Ryknął głośno, po czym rzucił się w pogoń, a Glizdogon z duszą na ramieniu pomyślał, że to dopiero pierwsza noc pełni.

***

          Wyjście z Zakazanego Lasu zajęło Severusowi dosłownie kilka minut. Z różdżką w dłoni była to łatwizna, zwłaszcza, że emocje, które nim targały, wyostrzyły mu wszystkie zmysły. Wszedł do budynku, stawiając bezszelestne kroki. Nic się nie zmieniło przez te kilka godzin. Nadal wszędzie panowała głucha cisza, niezmącona żadnym dźwiękiem. Schował różdżkę za pazuchę i odrzucił włosy z twarzy. Adrenalina nadal buzowała mu w żyłach, sprawiając, że nie czuł żadnych wyrzutów sumienia. W końcu to zrobił, w końcu się na nich należycie zemścił. Co prawda nie tak, jak to sobie zaplanował, ale jednak mógł z satysfakcją myśleć, że tym razem mu w tym nie przeszkodzili. Nie wykonał swojej właściwej misji, lecz był pewien, że będzie miał jeszcze niejedną okazję. A może... Czarny Pan zadowoli się Potterem, który właśnie wykrwawiał się w zaspie śniegu? W końcu on był jednym z tych, którzy walczyli ze śmierciożercami kilka tygodni temu. Załatwił go, pokazując reszcie, gdzie jest ich miejsce.

       Przystanął, opierając się plecami o ścianę i wpatrując w chybotliwy płomień świecy jednego z kandelabrów. Na opustoszałym korytarzu panował półmrok, co tylko dodawało mu pewności siebie.Gdyby nawet ktoś się tam napatoczył, mógł bez problemu schować się za jedną ze zbroi i nikt by go nie zauważył. Nie wiedział czemu, ale nie chciał iść do dormitorium. Był zbyt podniecony, by zasnąć, a jednocześnie nie chciał zwracać niczyjej uwagi powrotem w środku nocy. Jakiś cichy głosik w jego głowie podpowiadał mu, że wyrzuty sumienia również nadejdą, ale w tamtej chwili się nimi nie przejmował. Był po prostu szczęśliwy.

          Zamarł, słysząc gwałtowny dźwięk przy wejściu. Wsunął się delikatnie w cień, który rzucała ściana, po czym wystawił głowę, żeby spojrzeć na drzwi. Oczy rozszerzyły mu się z przerażenia, kiedy dostrzegł drżącą i głośno oddychającą Lily. Dziewczyna wpadła do środka, jakby ją ktoś gonił. Przystanęła na chwilę, łapiąc się za bok i odgarniając z twarzy splątane włosy, na których pojawił się szron. Widział, że w oczach miała łzy. Jego serce zacisnęło się boleśnie, a dawna euforia gdzieś wyparowała. Stał i patrzył na nią, czując do siebie takie obrzydzenie, jak nigdy wcześniej. Kiedy już robił krok w jej kierunku, żeby błagać ją o wybaczenie, nie zważając na nic innego, ona wyprostowała się i pobiegła w głąb korytarza. Jej kroki poniosły się echem po całej szkole. Zamarł, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Odepchnął się dłońmi od ściany, a jego instynkt samozachowawczy kazał mu uciekać. Gdyby ktoś go zobaczył, na pewno nabrałby podejrzeń. Coś mu mówiło, że Lily nie przybiegła do zamku, żeby po prostu położyć się spać. W jej oczach nadal był strach i... determinacja. 

        Chłopak zaklął cicho pod nosem, po czym szybkim krokiem ruszył w kierunku Pokoju Wspólnego Slytherinu, wybierając inną drogę niż Lily. Nie wiedział, czy postępuje właściwie, ale czuł, że musi się stamtąd jak najszybciej ulotnić. W lochach zawsze było pusto i ponuro, wmawiał sobie, że nie było szans, żeby kogoś tam spotkał. Zarzucił na głowę czarny kaptur i kryjąc w nim jak największą część twarzy, pobiegł przed siebie. 

***
        Syriusz kompletnie przestał zwracać uwagę na poranioną nogę, która rwała go niemiłosiernie. Czując w przełyku palący strach krążył po pomieszczeniu od łóżka, na którym leżał przyjaciel, do okna. Utykając czuł, że każdy krok doprowadza jego kończynę do jeszcze gorszego stanu, ale nie potrafił usiedzieć w miejscu. Adrenalina, która nim targała sprawiła, że był w stanie opierać się otępieniu i obezwładniającemu bólowi. James nie odzyskał przytomności, ale od kilku minut jego ciałem wstrząsały gwałtowne dreszcze, a na czole pojawiły się kropelki potu. Hagridowi udało się zatamować krwawienie, ale wszystkie szramy i pręgi na jego ciele, wyglądały tak, jakby ktoś dotykał do nich rozżarzony do czerwoności pogrzebacz. Klatka Rogacza unosiła się szybko i nierówno w płytkich oddechach.

     – Gdzie ona jest? – warknął Łapa, wyglądając przez okno. Na zewnątrz była już taka zamieć, że niewiele był w stanie dostrzec. Przeniósł spojrzenie na Hagrida, który robił Rogaczowi zimne okłady z wcześniej przyniesionego z dworu śniegu.

       – Powinna się pospieszyć, cholibka, on ma bardzo wysoką gorączkę – powiedział niespokojnie gajowy, zerkając na drzwi swojej chaty. – Jak tak dalej pójdzie...

       Nie dokończył zdania, wpatrując się w skupieniu w twarz Jamesa. Chłopak skrzywił się, ale nie otworzył powiek. Nie minęła sekunda, a Syriusz już był obok niego, czując serce tłukące się gdzieś w okolicach jabłka Adama. Rogacz poruszył ręką, jakby chciał ją unieść, ale najwidoczniej zabrakło mu na to siły. Jęknął cicho, oddychając przez uchylone usta.

         – James? – zapytał Łapa tak drżącym głosem, że aż jego samego to zaskoczyło. Odchrząknął, chcąc poklepać przyjaciela po policzku, żeby go docucić, ale porzucił ten zamiar, widząc ilość krwi na jego twarzy. – Spokojnie, stary, zaraz będzie po wszystkim. Pomoc jest w drodze. Wytrzymaj jeszcze.

         Starał się pocieszyć chłopaka, dodać mu otuchy, a jednocześnie czuł, że jeszcze chwila i sam eksploduje ze strachu. W Zakazanym Lesie przeżył najstraszniejsze chwile w swoim życiu, nie chciał powtórki z rozrywki. Nie mógł uwierzyć, że ich zwykła wyprawa podczas pełni, przerodziła się w ten koszmar. Tak bardzo pragnął, żeby ktoś tu w końcu przyszedł. Ktoś, kto ma różdżkę i będzie wiedział, jak mu pomóc. Nachylił się nad przyjacielem, łapiąc go delikatnie za nadgarstek, żeby zbadać mu puls. Drgnął, czując pod palcami szybkie pulsowanie. Rogacz otworzył powieki, ale sprawiał wrażenie, jakby i tak nic nie widział. Zamrugał, wbijając orzechowe tęczówki w sufit, a Black poczuł obezwładniającą ulgę, widząc, że przyjaciel odzyskał przytomność

                    – Go... Gorąco mi  – wymamrotał James po chwili ledwo słyszalnym głosem, odchylając głowę nieznacznie do tyłu, jakby chciał ułatwić sobie do dostęp powietrza. 

               – Masz gorączkę, leż spokojnie, jeszcze tylko chwila  – powiedział szybko Łapa, wyciągając do Hagrida ręce po śnieg, który roztapiał się w ogromnej misce. Złapał pełne garście zimnego puchu, po czym zawinął go w cienką ścierkę, która leżała obok. Tak przygotowany okład położył przyjacielowi na czole, nie spuszczając przerażonego spojrzenia z jego twarzy.  – Hej, tylko mi tutaj znowu nie odpływaj! James! Do cholery jasnej... 

                Powieki chłopaka znowu się zamknęły, ale zanim Syriusz zdążył się porządnie przestraszyć, drzwi chatki otworzyły się z hukiem i stanęła w nich Lily, wiodąc za sobą panią Pomfrey, McGonagall i Dumbledore. Łapa odsunął się od łóżka Rogacza, czując jak nogi się pod nim uginają. To już było zdecydowanie za dużo, jak na jedną noc. Drżąc z emocji, oparł się o ścianę, zaciskając powieki. Lily coś do niego mówiła, stając obok i chwytając za rękę w geście pocieszenia, ale przestał już rozróżniać słowa. James był w dobrych rękach, tylko to się dla niego w tamtym momencie liczyło. Zjechał po ścianie, siadając ciężko na podłodze i czując, jak powoli traci kontakt z rzeczywistością. 

***
    
            Obudził się nagle, gwałtownie otwierając powieki i podnosząc się do pozycji siedzącej. Serce tłukło mu się w piersiach, utrudniając wzięcie każdego kolejnego oddechu. Szybkim ruchem przetarł powieki, próbując zebrać myśli i zlokalizować miejsce, w którym się znajdował. Policzył w myślach do dziesięciu, żeby się uspokoić, po czym rozejrzał po zacienionym pomieszczeniu. Skrzydło Szpitalne. Byli już bezpieczni, byli w Hogwarcie... Myśląc o tym, poczuł tak wielką ulgę, że aż nieznacznie osunął się na poduszki. Jednocześnie wraz z ukojeniem, spłynęło na niego każde wspomnienie z tej okropnej nocy. Zrzucił z siebie kołdrę, a pierwszym, co rzuciło mu się w oczy, była jego zabandażowana noga. Poruszył nią delikatnie, sprawdzając, czy mocno go zaboli. Poczuł jedynie lekkie ukłucie i sztywność w mięśniach, ale poza tym wszystko już było w porządku. W panice spojrzał w kierunku okna. Zaczynało świtać. Syknął cicho, czując jeszcze ból w plecach. Dźwiganie Rogacza nieźle dało im w kość... Syriusz zaklął cicho, po czym spuścił nogi na podłogę. Cały czas był dziwnie otumaniony, ogarnięcie niektórych faktów przychodziło mu z trudem. Jeszcze raz dokładnie się rozejrzał i w kącie sali dostrzegł rzęsiście oświetlony punkt, otoczony parawanami z każdej strony. Zamrugał zaskoczony, po czym chwiejnie się podniósł

       Przemieszczał się ostrożnie od łóżka do łóżka, łapiąc się każdego z nich i nie spuszczając wzroku z tych wszystkich parawanów. Dochodziły zza nich jakieś głosy, ale jeszcze nie do końca potrafił je rozróżnić. W pewnym momencie usłyszał czyiś cichy okrzyk.

        – Co ty robisz? – zapytała Lily, wstając z łóżka, obok którego właśnie był i podchodząc bliżej. Spojrzał na nią zaskoczony, wcześniej nawet jej nie zauważył. Była blada i miała podkrążone oczy, ale wyglądało na to, że nic więcej jej nie dolega. – Połóż się, pani Pomfrey ledwo poskładała ci nogę.

       – Już mnie nie boli – odpowiedział niecierpliwie, czując narastający strach. – Czy tam... Czy... Gdzie jest James? Wszystko z nim już dobrze, tak?

         Dziewczyna popatrzyła na niego dziwnie, zaciskając usta w wąską linijkę. Łapa zesztywniał, wpatrując się w nią intensywnie. Poczuł jak coś ciężkiego opada mu na dno żołądka. Nie chcąc dłużej czekać na odpowiedź, wyminął ją i ruszył przed siebie, zaczynając rozróżniać głosy dochodzące zza zasłon. Pani Pomfrey mówiła bardzo szybko, a McGonagall, co chwila wtrącała coś ze strachem w głosie.

       – Czekaj! – powiedziała Lily, patrząc na niego ostro i łapiąc go za ramię. Z niechęcią zatrzymał się, rzucając jej rozeźlone spojrzenie.

         – O co ci chodzi?

         – Z Jamesem... jest źle – powiedziała, zniżając głos, który delikatnie jej się załamał. – Cały czas gorączkuje, podejrzewają, że jad Remusa musiał... dostać się do krwioobiegu.

          Black otworzył szeroko oczy, cofając się gwałtownie. Popatrzył na Lily z niedowierzaniem, po czym znowu przeniósł wzrok na punkt, do którego zmierzał. Cały świat mu się rozsypywał w kawałki. Nie mógł sobie wyobrazić Jamesa chorego na likantropię, nie chciał oglądać go w takim stanie, w jakim musiał oglądać biednego Remusa. Ciało odmówiło mu posłuszeństwa, oparł się ciężko o łóżko, które stało za nim. Lily wyciągnęła o niego rękę w geście pomocy, ale nawet na nią nie spojrzał.

        – To niemożliwe – wychrypiał, próbując zebrać się do pionu. – On nie może być chory, to nie może tak wyglądać...

          – Uspokój się – odrzekła dziewczyna, czując łzy pod powiekami. – Z tego, co podsłuchałam nie wiedzą, co mu jest. Jego organizm zachowuje się dziwnie, nic nie wskazuje na objawy zarażenia. To coś, co Lupin ma w sobie, po prostu doszczętnie go zatruło... Nie wiem, to może dlatego, że podczas tej walki nie był sobą, tylko zwierzęciem... Ale przecież oni o tym nie wiedzą. Och, Syriuszu, musisz powiedzieć im prawdę.

             Chłopak przełknął ślinę. Nie mógł, poprzysięgli sobie kiedyś, że nikt się nigdy nie dowie. Ale czy w tej sytuacji mógł w ogóle myśleć o jakichkolwiek konsekwencjach wynikających z ich niesubordynacji? Wziął głęboki wdech, po czym nie zastanawiając się nad niczym, po prostu tam poszedł. Rozsunął gwałtownie zasłony parawanu. Uchwycił spojrzenie surowych oczy McGonagall, ale tym razem nie zobaczył w nich czystej nagany. Raczej współczucie. Pani Pomfrey obejrzała się na niego nieznacznie, jednocześnie milknąc. Ominął ją, czując za sobą obecność Lily. Stanął w nogach łóżka, na którym spoczywał jego przyjaciel i przełknął ślinę.

        Jedynym pocieszeniem było to, że większość ran przestała się tak rzucać w oczy. Po pewnych dłoniach pielęgniarki, zostały po nich jedynie lekko zaognione pręgi. Gdyby nie urywany oddech, pot na ciele i spierzchnięte wargi, Syriusz pomyślałby, że z Jamesem jest już dużo lepiej. Rogacz sprawiał wrażenie pogrążonego w jakimś głębokim koszmarze. Rysy jego twarzy były napięte, a ciało całe drżało.

        – Powinieneś leżeć – odezwała się sucho pani Pomfrey, zerkając niespokojnie na Minerwę.

       Puścił jej słowa mimo uszu.

         – Dlaczego pani po prostu nie może zbić mu tej gorączki? – jęknął, podchodząc bliżej. – Przecież ona go zamęczy.

            – Poppy cały czas próbuje to zrobić, ale wszystkie medykamenty, którymi dysponuje, zawiodły – odezwała się McGonagall, zbliżając do niego i patrząc uważnie w oczy. – Black, musisz mi dokładnie powiedzieć, co tam się stało. Jestem pewna, że to Lupin w końcu wymknął Wam się spod kontroli, ale co było dalej? Od tego może zależeć życie pana Pottera, a wiem, że nie jest ci ono obojętne. Panno Evans, od pani oczekuję tego samego.

               Łapa drgnął, nieznacznie oglądając się na Lily, która stała obok niego. Nie wiedział, co ma powiedzieć, od czego zacząć. Przełknął ślinę, unikając przenikliwego wzroku opiekunki swojego domu. Spojrzał na wymęczoną twarz Rogacza, a potem jego myśli powędrowały do Petera, który błąkał się samotnie po Zakazanym Lesie z rozwścieczonym wilkołakiem. Wziął głęboki oddech, czując się osaczony. Zerknął na Lily, która już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale nagle drzwi do sali otworzyły się i stanął w nich Dumbledore.

              – Minerwo, kontaktowałem się już ze Szpitalem, uzdrowiciele zaraz tutaj będą – powiedział, szybkim krokiem zbliżając się do nich. – Trzeba zawiadomić rodziców pana Pottera.

             Syriusz zesztywniał, ale nie był w stanie się odezwać.

          – Jak to uzdrowiciele? – zapytała Lily, drżącym głosem, patrząc niespokojnie na dyrektora. – Ale przecież...

           – Ten przypadek wykracza poza moje kompetencje – odezwała się pielęgniarka, a dłonie zaczęły jej się trząść. – Pan Potter musi zostać bezzwłocznie zabrany do Świętego Munga.
________________________________________________

W zasadzie to chyba nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. To znaczy, mam, ale po co mam tutaj pisać esej o wszystkim, co się wydarzyło przez te prawie pół roku. Skopałam po całej linii, ostatni rozdział był w lutym, a teraz mamy lipiec. :') Przepraszam Was bardzo za tak długą przerwę, inaczej się po prostu nie dało.
Rozdział na pewno nie należy do jakichś mocno udanych. Pisałam go strasznie na raty, próbując znaleźć gdzieś natchnienie, które uciekło mi przez te wszystkie tygodnie zaprzątania sobie głowy zupełnie czymś innym. Nie mam pojęcia, ile osób się tutaj jeszcze ostało, ile czekało na kontynuację, ale na pewno każdej z nich bardzo dziękuję.
Teraz są wakacje, zebrałam się jakoś do pionu i mam zamiar sobie odbić te wszystkie zaległości, trzymajcie kciuki. Już jutro siadam do pisania kolejnego rozdziału. Zrobię wszystko, żeby opublikować go za równy tydzień.
Kocham max i, tym razem, do szybkiego zobaczenia!
PS. Wszystkie zaległości na Waszych blogach postaram się nadrobić jak najszybciej.
PS2. Przepraszam za te chińskie formatowanie. Pisząc w Wordzie, wszystkie akapity miałam na swoim miejscu, ale nie potrafię ogarnąć tego szablonu i wyszło, jak wyszło. :')   

12 komentarzy:

  1. Hej ho, jestem.
    Widzę, że mój kopniak zrobił swoje. W końcu pojawił się rozdział! Nawet nie masz pojęcia, jak za nim usychałam. Dokładnie tak samo, jak James przez te *szybko liczy na palcach* pięć miesięcy. Ale co było a nie jest nie pisze się w rejestr, mamy wakacje, a Ty będziesz pisać częściej (bo będziesz, mam rację?). Tego się trzymajmy.
    Okey, komentarz właściwy. Mówiłaś, że nie podoba Ci się zbytni ten rozdział i nie jest taki, jakbyś chciała. Coś Ci powiem. Rozdziały nigdy nie są takie, jakbyśmy chcieli. Jeszcze nigdy nie było rozdziału, z którego byłabym w stu procentach zadowolona (mówię tu oczywiście o swoich tworach) i wiem co czujesz, bo choć inni będą mówić, że jest super, Ty będziesz zaprzeczać. Skąd ja to znam.
    Ale hej!, ten rozdział jest super. Nie wiem czego Ty od siebie chcesz, ale mi się naprawdę podobał. A zwłaszcza jamesowe blizny (nasz nowy fetysz). Czekałam na to i się doczekałam, hihi.
    Mam dziwne wrażenie, że teraz chłopcy się tak łatwo nie wywiną i nauczyciele nie dadzą im spokoju, aż prawda nie wyjdzie na jaw. A to oznacza wyjawienie wielkiej tajemnicy Huncwotów. Chociaż co ja tam wiem - pewnie odwalisz coś takiego, że o tym wszyscy szybko zapomną, bo będą mieli ważniejsze sprawy na głowie. Tak, wiem, nie ma nic ważniejszego niż James i futerkowe problemy, ale to nieważne.
    Podobał mi się fragment z Peterem. Jak już Ci nie raz mówiłam, cieszę się, że nie zrobiłaś z niego totalnej ciapy i, hmm, rycerza mroku. W końcu to jeszcze nie ten czas. Za to masz duże ukłony i będę to powtarzać tak długo, jak tylko się da. Mimo to byłoby fajnie, jakby i on oberwał od Luniaczka. Nie dlatego, że to Peter. Wcale nie dlatego. No skąd?
    Snape, ty mała gnidko. Ale dobrze mu tak. Chciałabym zobaczyć jego minę w chwili, gdy zobaczył Lilkę wbiegającą do zamku oraz w chwili, gdy James wyjdzie z tego cały i zdrowy (no dobra, może nie cały i nie do końca zdrowy, ale jednak wyjdzie). Kogoś chyba czeka lanie od Voldzia :3
    Tak sobie teraz znowu rozmyślam - jak Remus się dowie co zrobił, to to będzie jakaś masakra. Musisz mi go tak męczyć wyrzutami sumienia, prawda? No tak, co ja się w ogóle pytam. Musisz :")
    James do Munga - no tak, żeby była jeszcze większa tragedia. Dobrze, że ja swoich bohaterów nie wysyłam do szpitala, bo leżeliby tam w każdym rozdziale, hej ho. Oby chłopaczyna szybko się wylizał, bo nie ręczę za siebie. Znając jednak Ciebie trochę go pomęczysz. Mam tylko prośbę - pamiętaj o eksponowaniu jego blizn, żeby wszyscy je widzieli i mogli się zachwycać jak my (chyba, że to choroba umysłowa i tylko my mamy takie niemoralne fetysze).
    I czekam na jakąś piękną scenkę Jily w następnym rozdziale, bo, po pierwsze, stęskniłam się za nimi, a po drugie - muszę się nastawić na swoje Lilkowanie.
    Chciałam zakończyć jakimś śmieszkowaniem, ale właśnie zabieram się za swój rozdział i chyba zostawię śmieszki na niego (nieważne, że będzie tam miało miejsce od groma przelewu krwi, nieważne).
    Kocham max ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jamesowych blizn będzie więcej, hihi, o to nie musisz się ani trochę martwić.
      Muszę Cię zmartwić, tym razem Peter obejdzie się bez większych obrażeń, ale, cii, wszystko przed nami. Jeszcze mu kiedyś wchrzanię, jak nic.
      Snape to temat rzeka, póki co pójdzie sobie ze swoim knuciem w kąt. Żeby później wielkie wejście było bardziej efektowne, hej ho.
      Co do Remusa... Kocham max, moja droga, oby mnie nikt za niego nie zabił.
      Em... Wiesz, ja jednak uważam, że to tylko my mamy takie chore fetysze.
      Na piękną scenkę Jily sobie jeszcze poczekasz, nie może zanadto przyspieszać.
      Dziękuję ślicznie, kocham. ♥

      Usuń
    2. A ja tak tylko dodam od siebie, że w sumie to żal mi się robi Petera. Serio, taki milutki, kochaniutki chłopczyk, takie ecie-pecie, a wy go chcecie skrzywdzić :'(

      Usuń
    3. Peter i bycie kochaniutkim w sumie powinno się kłócić, ale ja u siebie go sama na razie nie postrzegam jako wredną gnidę. XD
      Chyba robię to źle, ale taki był mój plan od początku. :')

      Usuń
  2. Hej, hej! :D
    Oh my God! Co tu się właśnie odwaliło...? :O
    Oby tylko James nie "zachorował" na likantropię... Chociaż wierzę, że tak nie będzie, ale zawsze jest ta nutka niepewności. ;)
    Kiedy Syriusz z Lily przetransportowali Jamesa do Hagrida myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi... ;> Tak bardzo bałam się, że stanie mu się coś poważnego. Oj, proszę, nie rób tak więcej! xD Chociaż to nadaje temu rozdziałowi to, iż czytelnik jest zaciekawiony historią i chce czytać dalej. ;)
    Ale dobra, wracając do tematu... Merlinie, James do Munga...? To musi być już naprawdę poważne, skoro pani Pomfrey nie potrafi mu pomóc. W końcu wyhodowała kość Harry'ego, więc myślałam, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych, ale jednak... :/
    Z tego wszystkiego najbardziej martwię się o Remusa. Jejku, jakie on będzie miał wyrzuty sumienia. Pewnie przyjaciele będą mu mówić, że on tego wszystkiego nie chciał, będą go pocieszać, itd., jednak w końcu gdzieś w głębi serca będzie go gryzło, że w postaci wilkołaka tak skrzywdził Jamesa...
    Nie wiem dlaczego, ale Lily mnie w tym rozdziale lekko irytowała. Naprawdę nie mam pojęcia, czemu tak było, lecz cóż... :>
    Na temat Snape'a się nie wypowiem. Chociaż... Dobra. Gad, kanalia, pacan... Chyba lepiej, żebym się powstrzymała, bo później może paść coś niecenzuralnego (chociaż mogę to wykasować, ale wolę trzymać nerwy na wodzy. :P). xd
    Rozumiem cię, są różne sytuacje, chociaż przez te pół roku trochę już "odwiązałam się"(chodzi mi o antonim do przywiązać się, ale nie umiem na szybko wymyślić. :P) od For One More Chance. Jednak myślę, że na nowo pokocham tę historię, ponieważ lubię twój styl pisania i oczywiście opowiadanie. :D
    To chyba wsio. :D
    Pozdrawiam!
    Netka (wcześniej zakręcona01 ;))

    P.S. Jeśli miałabyś ochotę, to zapraszam cię na mojego nowego bloga (w sumie nie tak nowego, bo już od kwietnia publikuję tam opowiadanie, ale rozumiesz, o co chodzi. ;)).
    https://labirynt-ff.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, co do likantropii możecie być spokojni, nie zrobiłabym im tego. :D
      O tam, to wyhodowanie kości Harry'ego to był dla niej pikuś, zapewniam Cię.
      To szkoda, że nie wiesz, dlaczego Cię irytowała, może miałabym wtedy jakąś obiektywniejszą wskazówkę. XD
      Będę robiła wszystko, żebyś na nowo się przywiązała, promise.
      W wolnej chwili na pewno do Ciebie wpadnę!
      Dziękuję ślicznie za opinię i pozdrawiam!

      Usuń
  3. Jak w Hogwarcie nie można pomóc Jamesowi, to naprawdę musi to być coś poważnego. Mam nadzieję, że w św. Mungu go z tego wyleczą.
    Już mi zaczyna być szkoda Remusa. Domyślam się, że będzie miał wielkie wyrzuty sumienia jak się o wszystkim dowie.
    Snape taki zadowolony, że misja mu się udała. Ciekawa jestem jaka będzie jego reakcja jak zobaczy Jamesa żywego. No i się zastanawiam jak miałoby wyglądać błaganie Lily o wybaczenie. Jak by się z tego wszystkiego przed nią tłumaczył.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze to nie wiem, jak on chciałby ją za to wszystko przeprosić, serio. XD To już jest chyba niemożliwe aż za bardzo.
      Dziękuję ślicznie za opinię!
      Pozdrawiam! ♥

      Usuń
  4. Witam!
    Chcę pozostawić po sobie ślad, że nadal czytam tego bloga, a że kompletnie nie wiem co napisać w komentarzu...
    Rozdział nie wyszedł w cale tak bardzo źle. Mi tam się podobał. Jestem ciekawa jak rozwinie się dalej sytuacja Jamesa, biedaczyna :(
    Życzę weny! :*
    Pozdrawiam ^^
    jushi, dawniej julia dudzik ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie i również pozdrawiam! ♥

      Usuń
  5. A ja sobie tu zaklepuję miejsce, ażeby za kilka godzin skomentować B)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybornie. Ja u Ciebie już mam prawie wszystko przeczytane, jeszcze chyba ze dwa rozdziały mi zostały. 😎

      Usuń

Szablon
Fantazja
LOG